Co we dworze piszczy?
Relacja z wizyty we dworze obronnym w Jeżowie

... z pamiętnika: 12 lipca;

        - Chcecie usłyszeć więcej historii czy raczej oglądać? - drobna, starsza pani zdaje się zupełnie nie pasować do pomieszczenia, do którego weszliśmy. Nie sięga nawet do połowy wysokości wielkiej renesansowej szafy, stojącej na prawo od drzwi. Jej biedny, wiejski ubiór podkreśla jeszcze dobitniej ogrom i niezwykłość tego domu. A stoimy dopiero w korytarzu. Decydujemy się na oglądanie.

- Być w Jeżowie i nie widzieć dworu, to jak być w Rzymie i nie widzieć Papieża. - widzimy wyraźny błysk w jej oku. - Rzadko nas tu ktoś odwiedza. Pryzjeżdżają tylko dzieci ze szkoły. W zeszłym tygodniu był tu konkurs. Z całej Polski przyjechały... O, tu po prawej, u góry widzicie herby wszystkich właścicieli dworu...  - Nasza pani ma zacięcie przewodnickie. Pokazuje herby, mocno podniszczone przez czas. Intryguje nas bardzo ta ogromna szafa przy wejściu. Ciemna, wysoka na ponad dwa metry robi imponujące wrażenie. Jej proste, geometryczne kształty pasują do stylu i charakteru dworu.

- Czy to jest oryginalny mebel?

- Nie, ale wszystkie meble robione są przez szkołę na wzór oryginalnych. Szkoła ma wiele działów, w tym meblarski i robią nam wszystkie meble. Chodźcie dalej.

        W drugiej sali - obecnie kuchni - stoi całkowicie współczesny stół, przykryty ceratką. Przy tym stole nasza pani i jej koleżanka piją herbatkę z brudnych szklanek. Tuż nad stołem, na ścianie i stropie renesansowa polichromia i dekoracje stiukowe. Motywy roślinne i herby rodowe ciągną sie wokół pokoju na wysokości 1,5 metra. Część polichromii zasłonięta jest przez krzywą szafę i rury do kuchenki gazowej. Nad głowami dość niskie sklepienie ze stiukowym plafonem przedstawiającym 12 apostołów. Zachowany jest dość dobrze, choć również wygląda więcej niż skromnie.

- To robił ostatni właściciel, już w XX wieku i nie dokończył.

Pani otwiera drzwi do kolejnego pomieszczenia.

- A tu jest kaplica. Zapraszam.

        Wchodzimy do kaplicy. Aby do niej wejść musieliśmy się nisko schylić w drzwiach; ciężkich, drewnianych, osadzonych w murze grubym tu na prawie dwa metry. Teraz jest tu jeszcze jedno pomieszczenie o nieokreślonym przeznaczeniu. Zimno i ciemno. Do tego dochodzi charakterystyczny zapach długo nie usuwanego brudu. Trudno wyobrazić sobie to miejsce jako kaplicę dworską, z wieloma obrazami, zdobieniami i świecami. Za to na środku stoi przepiękny, ciężki, renesansowy stół i kilka krzeseł. Aż trudno uwierzyć, że nie jest to oryginał. Wolimy się upewnić.

- Tak, tak. Wszystko jest robione przez szkołę na wzór dawnego. U nas nie ma żadnego starego mebla.

        Wychodzimy z powrotem przez kuchnię do hallu. Pani pokazuje wiszące na ścianach prace uczniów uczniów. W hallu oprócz wielkiej szafy są schody na piętro. Są tu też drzwi z napisem "mieszkanie prywatne". Wchodzimy po schodkach. "Sala rycerska" - głosi napis. Wysuwamy głowy zza balustrady i - dech nam zapiera. Widok całkowicie nas zaskoczył, tak był inny od dotychczasowych. Ogromna sala, zajmująca prawie połowę piętra dworu. Na ścianach obrazy, makaty, resztki polichromii, oświetlone światłem wpadającym przez wielkie, kamienne okna. A wzdłuż pokoju ciągnie się ogromny, dębowy stół, obstawiony krzesłami. Stoją w nieładzie, jakby rycerze dopiero co wyruszyli na wyprawę. U końca stołu pięknie rzeźbione trony dla rodziny książęcej. Wielki, metalowy żyrandol zwiesza się nad naszymi głowami i dopełnia całości.  Szkoda tylko, że ściany pokrywa gruba warstwa kurzu i pajęczyn. Widać, że trzeba jeszcze w wygląd tej sali włożyć wiele wysiłku.
Cieszymy oczy widokiem sali. Starsza pani wyraźnie cieszy się z nami i pokazuje kilka ciekawych elementów wyposażenia. Ogromny, pięknie rzeźbiony kominek i kamienne okna, a  także liczne prace uczniów szkoły.

- Co to za szkoła?

- Z Tarnowa. Szkoła plastyczna. U nas mają warsztaty plenerowe. Dzieci przyjeżdżają i malują, rzeźbią, zwiedzają. To bardzo piękne miejsce.

Zgadzamy się z naszą panią. Wchodzimy przez drzwi z napisem "Baszta". Jest to jednak tylko jedna z sal sypialnych. Na ścianach polichromia renesansowa. W rogu zamurowany kominek.
Pod ścianą, równymi rzędami ustawione są łóżka. Proste prycze nakryte kocami. Tu sypiają uczniowie szkoły. Nie ma w niej już tego przepychu sali rycerskiej. Jest ciemno, biednie i smutno. W powietrzu wisi kurz.

- A tu jest ta baszta - Niskie drzwi w głębi sali otwierają się i wchodzimy do przedziwnego pomieszczenia. Nie ma w nim ani jednego kąta prostego. Ma raczej kształt elipsy i to do tego mocno zniekszałconej. Światło wpada przez kilka maleńkich okienek rozmieszczonych chaotycznie w ścianach. Tu także jest śliczny maleńki kominek (także zamurowany). Pod ścianami dwa łóżka, również proste, oraz szafa. Pokój sprawia wrażenie mieszkania dla kadry nauczycielskiej lub izolatki dla niegrzecznych dzieci - równie dobrze mógłby pełnić obie te funkcje. Próbujemy wyglądać przez okienka, ale nie możemy wiele zobaczyć.

        Wracamy do sali rycerskiej. Ostatnie drzwi - "Sala królewska". Przepych podobny jak w sali rycerskiej. Piękne meble: stół, krzesła, szafy. Na ścianach mocno zniszczone polichromie i piękny herb pośrodku ściany -  Ogończyk - taki sam, jaki widnieje nad wejściem do dworu oraz napis "Gdi Pan Bog snamy wsztko miecz będziemy, 1544". Piękny wiek, to już ponad 450 lat. Musiała tu być komnata właścicieli dworu.

- To już wszystkie sale. Takie one. - nasza pani zamyka drzwi i prowadzi nas spowrotem do kuchni. Po drodze pokazuje polichromię przedstawiającą dwór otoczony fosą i, niedaleko od niego, kościół w Wilczyskach. Do dworu wjeżdża orszak jakiegoś rycerza.

- Jeszcze tylko wpis do księgi pamiątkowej. - Grube tomisko, aż dziw, ile osób tu było. Tylko szkoda, że średnio goście są tu dwa razy na tydzień. Wielka szkoda. Wpis pod datą 12 lipca 1998:"Przewodnicy SKPG Kraków; Magda Marchut i Artur Michniewski".

        Żegnamy się z miłą panią i wychodzimy. Żal nam jest opuszczać ten dom.
Dom niezwykły, który jest równocześnie w stanie tak dobrym i tak złym. Tak niewiele mu trzeba, aby przeobrazić się w piękną, renesansową rezydencję. Temu domowi potrzeba gospodarza, prawdziwego gospodarza, który by chciał, umiał i mógł o niego dbać.

        Wychodzimy na podwórze i siadamy na ławeczce pod wielka lipą. Zupełnie jak w Czarnolesie. Obraz trochę burzy krzywy kurnik i park, który dawno nie widział ogrodnika. Czekamy pod drzewem na koniec deszczu.
        Gdy już odchodzimy, pod dwór zajeżdża różowe Cinquecento. Kilka osób, rodzinka.

- Dzień dobry. Chcielibyśmy zwiedzić dwór. Czy można?

Tekst: Artur Michniewski i Magdalena Marchut
Rysunki: Joanna Rogoż, Maja Olejarczuk